piątek, 31 października 2014
Start Felietony Ludzie i polityka Janik: Samorząd – kwestie do namysłu
Janik: Samorząd – kwestie do namysłu PDF Drukuj Email
Ludzie i polityka - Ludzie i polityka
11 lutego 2013

Kształt żadnej instytucji państwa nie jest dany raz na zawsze. Zwłaszcza wtedy, gdy to państwo jest nadal w fazie budowy. I choć zgadzam się z tym, że reforma samorządowa jest jedną z najbardziej udanych spośród tych, które przeprowadziliśmy w III Rzeczypospolitej, to nie oznacza, że przy haśle „samorząd terytorialny” należy postawić fajkę. Obserwacje praktyki samorządowej ostatnich lat nakazują do pewnych problemów wrócić lub sformułować je ponownie.

SLD ma do tego szczególny tytuł. W skrócie warto przypomnieć, że bez naszej zgody nie byłoby powiatów i obecnej mapy województw. Myśmy wprowadzili bezpośredni wybór wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którego dziś nikt nie kwestionuje. W kadencji naszych rządów uchwalono obecnie obowiązującą ustawę o finansowaniu samorządu terytorialnego. Zamykaliśmy tę kadencję ustawą o nowym podziale kompetencji między wojewodą a marszałkiem, wzmacniającą samorząd wojewódzki. To jeden z ciekawych przypadków w historii III RP, kiedy następna większość sejmowa (PiS, LPR, Samoobrona) natychmiast po objęciu władzy tę ustawę uchyliła.

Nic w tym odkrywczego, że podstawowym problemem samorządu są pieniądze. Polityka zmniejszania deficytu finansów publicznych dotknęła także samorządy, i to pomimo powszechnej wiedzy, iż wydają one środki finansowe bardziej efektywnie niż inne podmioty władzy. Z drugiej strony, wydaje się to zrozumiałe w obliczu deficytu finansów publicznych i  kłopotów Ministra Finansów. Ale tego rodzaju decyzje doraźne przynoszą dalekosiężne skutki, które trudno będzie w przyszłości zniwelować.

Dlatego uważam, że kwestia stabilizacji prawnej i finansowej sytuacji gminy powinna stać się jednym z zasadniczych wyzwań, które stoją przed władzami naszego kraju. Opowiadam się za tym, aby podstawą polityki finansowej prowadzonej przez włodarzy gmin były wieloletnie plany przygotowywane przez rząd Rzeczypospolitej. Mam świadomość ryzykowności tego postulatu, związanej z koniunkturą gospodarczą, falowaniem dochodów państwa i potrzebą nadzwyczajnych, niekiedy, wydatków. Ale, skoro Polska należy do najbardziej stabilnych i przewidywalnych gospodarek Europy, to jest oczywistością, że wahania koniunktury, powinny w pierwszej kolejności dotyczyć budżetu centralnego, a w drugiej dopiero wydatków związanych z bezpośrednią obsługą obywatela, z zaspakajaniem jego podstawowych potrzeb.

Oczywista powinna być sytuacja, w której kandydat na wójta, burmistrza czy prezydenta u progu kampanii wyborczej wie, jakimi zasobami materialnymi będzie dysponował na przestrzeni całej kadencji i do tego dostosowywał swoje zapowiedzi i przyszłą politykę w gminie. Jeśli mówimy o planowaniu rozwoju, przewidywalności polityki władz publicznych, potrzebie budżetu zadaniowego – to zacznijmy od stabilizacji subwencji i dotacji otrzymywanych z budżetu centralnego. Z zachowaniem zasady, że priorytetem jest rozwój najbardziej zaniedbanych obszarów naszego kraju. Problemy niedorozwoju, istnienia wielu enklaw biedy i marazmu, są także zmartwieniem mieszkańca Warszawy czy Dolnego Śląska.

Skoro mamy kryzys, to warto wskazać zadania samorządu wobec gospodarki. Co prawda, zapisaliśmy w ustawie obowiązek działania samorządu na rzecz rozwoju gospodarczego, ale narzędzia daliśmy bardziej niż skromne. Owszem, jest nim polityka zwolnień podatkowych, są liczne samorządy, które w tym zakresie jakoś sobie radzą. Ale nikt nie pomyślał, na przykład, o budowie najprostszych instytucji finansowych, które obsługiwałyby samorządy, a eksperymenty nad tworzeniem banków komunalnych przy braku zainteresowania państwa nie udały się. Podobnie zresztą jak podejmowane próby wciągnięcia samorządów w budowę instytucji pożyczkowych dla małych i średnich przedsiębiorców. Istnieją co prawda tego rodzaju instytucje z rozmaitym udziałem samorządów, ale daleko im do masowości.

Zbyt rzadko zauważamy, że bez samorządu nie byłoby obecnego kształtu systemu partyjnego. To samorząd  i wybory do jego organów stanowiących, ukorzeniły polskie partie polityczne, wyprowadziły je z parlamentu. Uważam, że polski system partyjny jest nadal w okresie przejściowym, ciągle szuka swego stałego modelu. Po okresie partii tożsamościowych, o wyrazistej ideologii i jednoznacznych postulatach politycznych, przyszedł czas partii „postpolitycznych”,  dla których liczy się tylko władza. Partie z tego wyrosną, a sprzyjać temu będzie konieczność politycznego i ideowego opowiadania się w polityce samorządowej.

Nie podzielam poglądu, że polityka samorządowa jest aideologiczna czy apolityczna. Kształt hierarchii zadań, wybór priorytetów, nowe inicjatywy są i będą determinowane politycznie. Nawet jeśli za samorządowcami formalnie stoją obywatelskie komitety wyborcze, to uważni obserwatorzy samorządowej sceny politycznej nie mają wątpliwości, do jakiej orientacji ideowej ich przyporządkować.

Przy kadrach samorządowych warto zwrócić uwagę na zmianę, którą ilustrują ostatnie wybory samorządowe. Przyjrzałem się trochę – na ile pozwalają dokumenty Państwowej Komisji Wyborczej – wynikom wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast w 2010 roku. Sygnalizują one ciekawe zjawisko pokoleniowe. Obok nadal bardzo mocnego pokolenia 60-latków, szeroką ławą weszło pokolenie 30-latków. Do samorządu wchodzą ludzie, którzy nie znają innego kształtu władzy lokalnej, ludzie, którzy będą za kilka, kilkanaście lat rządzić Polską. Do rangi symbolu urasta fakt, że zaprzestały pełnienia funkcji wójta dwie ostatnie kobiety, które karierę na stanowisku naczelnika gminy zaczynały w 1973 roku – Kazimiera Goławska (Stoczek Łukowski, woj. lubelskie) i Małgorzata Węgrzyn (Klucze, woj. małopolskie). O ile ta pierwsza w ogóle nie kandydowała, to ta druga przegrała wybory. Wygrał z nią człowiek, który ma – tak jak ona w 1973 roku – niewiele ponad 30 lat.

Chciałbym zasygnalizować w tym miejscu potrzebę poważnej analizy merytorycznej i politycznej skutków wprowadzenia bezpośredniego wyboru wójta, burmistrza i prezydenta. SLD, decydując się na ten krok w 2002 roku, nie ukrywał, że to dopiero początek zmian w strukturze władzy gminy. Ostatnie dziesięć lat potwierdziły niektóre obawy, ale znacznie więcej lęków rozwiały. Nadal jednak wydaje się, że pozostało kilka spraw do rozstrzygnięcia.

Wola wyborców często przejawia się w tym, że z troski o równowagę władz ogranicza się możliwości włodarza gminy, powierzając większość mandatów w radzie formacjom wobec niego opozycyjnym. Rządzi wójt (burmistrz, prezydent) z lewicy, a prawicowa większość w radzie hamuje jego poczynania lub na odwrót. Choć to rzadkie przypadki – bo kultura współpracy w gminie jest silniejsza niż gdziekolwiek – ale jednak się zdarzają.

Możliwe są tu dwa wyjścia. Jedno, by poprzez zmianę prawa wyborczego wyposażyć zwycięskiego kandydata na wójta, burmistrza i prezydenta w przychylną mu większość rady. Drugie , by poprzez zmiany ustaw ustrojowych dać mu w kilku kwestiach przewagę decyzyjną. Przypomnę, że Sejmowi w przypadku nieuchwalenia budżetu grozi rozwiązanie. W gminie jest tak, że wójt poprzez największe narzędzie władzy – budżet uchwalony przez opozycję – nie może realizować swojego programu wyborczego. Aż prosi się więc o więcej konsekwencji w tej sprawie.

Ale bezpośrednie wybory zmieniły także charakter tej funkcji. Wójt (burmistrz, prezydent) stał się naprawdę politykiem. Zabiegać musi – jak premier, jak prezydent kraju – nieustająco o poparcie społeczne, o akceptację podejmowanych przez niego decyzji. Porzućmy hipokryzję, to polityk pełną gębą, w najlepszym tego słowa znaczeniu. To ma swoje konsekwencje. Brakuje czasu na wszystko. Zza biurka i od niezbędnych papierów biegnie na zebranie mieszkańców, stamtąd jeszcze na spotkanie ze skarbnikiem. A do tego dziesiątki obowiązków reprezentacyjnych, setki przyjęć interesantów, i tak dalej, dzień po dniu. Co prawda ma do pomocy zastępcę lub kilku, ma sekretarza gminy, ale to ciągle mało.

Zasadnym zatem wydaje się postulat, aby rozważyć odciążenie wójta, burmistrza czy prezydenta ze sporej części obowiązków administracyjnych, a przywrócić mu niektóre prawa polityczne, jak np. możliwość bycia posłem lub radnym sejmiku. Rozważyć warto pomysł powołania profesjonalnego menedżera gminy, będącego specjalistą od zarządzania w administracji, urzędnika służby cywilnej za wszystkimi tego konsekwencjami.

Polska administracja musi się unowocześniać, za chwilę wejdzie e-administracja, przywrócić musimy – tam, gdzie szwankują normalne, określone przez KPA, procedury administracyjne. Profesjonalizacja – tego nie unikniemy. Być może moja propozycja sprzyjać będzie tym nieuchronnym procesom. A wójt, burmistrz, prezydent? On musi stać się autentycznym liderem lokalnej społeczności, nie tylko reagującym na nią, ale też kształtującym opinię publiczną, prowadzącym dialog upodmiotawiający współobywateli. Znaleźć musi czas na III sektor i jego umocnienie, na pracę z radnymi, na umocnienie samorządu pomocniczego, na skuteczne lobbowanie w interesie lokalnej społeczności.

Nie znaczy to wcale, że samorząd jest instytucją idealną, w pełni odpowiadającą potrzebom państwa i jego obywateli. Ma jeszcze sporo wad, na których pełne wyliczenie nie ma tu miejsca. Dwie rzeczy jednak – z racji swej paradoksalności - wydają mi się tu ważne.

Pierwsza – to niechęć części samorządów do decentralizacji. Myślę tutaj o dwóch kwestiach. Jedna, to fakt, iż marszałkowie i starostowie nie dość umiejętnie współdziałają z pozostałymi podmiotami samorządowymi, niechętnie przekazując im zadania do realizacji, zazdrośnie strzegąc swojego dominium. Mam na to sporo przykładów, chociażby z zarządzania kryzysowego, kiedy w obliczu zagrożenia klęską żywiołową powstają spory kompetencyjne i nieliczenie się z opinią wójtów czy burmistrzów. To zapewne wina ustawodawcy, który nie dość precyzyjnie oznaczył obszary odpowiedzialności i określił procedury współdziałania. Ale to także wyraz nadmiernie rozbudzonych ambicji i potrzeba udowodnienia (zwłaszcza ze strony części starostów) potrzeby istnienia.

I kwestia druga – odnosząca się do szefów miast i gmin. Na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat zbyt mało uwagi przywiązywali oni do roli i znaczenia jednostek samorządu pomocniczego – rad sołeckich i rad osiedli. Tymczasem powinny one mieć coraz więcej pieniędzy i coraz więcej odpowiedzialności. Są jednak dość powszechnie lekceważone, zarówno przez samorząd, jak i partie polityczne i obywateli. Powtórzmy – pomimo tego, że mogą być one realnym współgospodarzem swoje miejsca zamieszkania. Obecnie zaś Fundusz Sołecki jest wykorzystywany zaledwie w 51%. Frekwencja wyborcza w wyborach do rad osiedli wynosi od 2 do 8 procent. Jeśli gdzieś jest nieco lepiej, to bardziej to zasługa autentycznych społeczników niż władzy samorządowej. Szkoda.

Nie rezygnując z kursu na dalszą decentralizację państwa, trzeba jednak postawić kilka pytań. Oto niektóre: Czy miał rację Sejm, przyjmując obowiązujące dziś rozwiązanie? Czy raczej Stefan Bratkowski, sugerując powiat jako związek celowy gmin? Czy powiat jest kompetentnym i efektywnym dostarczycielem usług publicznych czy też nie? Być może wybierajmy bezpośrednio starostę, a w skład rady powiatu niech wchodzą wójtowie i burmistrzowie gmin? Czy województwo ewoluuje w kierunku silnego ogniwa obywatelskiego, czy też upartyjniło się ponad miarę?

Tych pytań jest sporo. Powinniśmy szukać na nie odpowiedzi, gdyż stawką jest tak naprawdę  jakość polskiej demokracji i poziom kultury obywatelskiej w Polsce. Nie ma tu gotowych recept czy prostych odpowiedzi.

Być może trzeba iść w kierunku dalszej personalizacji odpowiedzialności i wprowadzić bezpośrednie wybory starostów i marszałków. Tych ostatnich może warto uwolnić od koalicyjnych zobowiązań i pozwolić im budować autorskie zarządy województw? Dzięki doświadczeniom miast i gmin mamy dziś wystarczający potencjał merytoryczny i kadrowy, aby nie bać się żadnego rozwiązania. Trzeba tylko rozważyć, które z nich jest najlepsze i które odpowiada aspiracjom i potencjałowi politycznemu polskiego społeczeństwa.


Krzysztof Janik




Foto: www.sld.org.pl




 

Komentarze   

 
+2 #3 arko11 2013-02-12 16:10
Panie Janik odejdź już w zaświaty i wstydu nie rób.
Cytować
 
 
+3 #2 bleble 2013-02-12 10:05
jestem samorządowcem, członkiem SLD i właśnie dlatego pan Janik NIGDY nie będzie dla mnie autorytetem w żadnej sprawie!
Cytować
 
 
+3 #1 Piotr Ciszewski 2013-02-11 14:09
Pan Janik ma doświadczenie z działań samorządowych, na przykład kierowanie jako minister spraw wewnętrznych i administracji rozbijaniem protestów społeczności lokalnej w Ożarowie, która broniła się przed lokautem w Fabryce Kabli Ożarów. Miał wtedy do dyspozycji odpowiedni potencjał kadrowy - strzelby gładkolufowe, oddziały prewencji, miotacze gazu. Taka "rozumiejąca lokalne problemy" "wrażliwa społecznie" "lewica"
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Lewica24 (c) 2012-2013 | Redakcja i Polityka prywatności | kontakt: redakcja@lewica24.pl | Kanały RSS | Newsletter